Na Śnieżce byłem kilka razy i ze względu na zmierzające tam tłumy postanowiłem na górę już nie wracać. Jednak nigdy nie zaliczyłem zimowego wejścia na najwyższy szczyt Karkonoszy i to zmotywowało mnie do kolejnej wyprawy. Razem z Beatą i przyjaciółmi do Karpacza przyjechaliśmy w piątkowe popołudnie i spod Świątyni Wang, niebieskim szlakiem ruszyliśmy do schroniska Akademicka Strzecha, co zajęło nam 1,5h. Trwała pandemia więc i obostrzenia, a nam jednak udało się podziwiać nocne widoki popijając zimne, lane piwko.


Akademicka strzecha 

Wang i Śnieżka w tle
Następnego ranka o godzinie 5.00 wyruszyliśmy w drogę, by o 6.30 stanąć na szczycie. Podchodząc, za i przed nami podążały światełka, a każde oznaczało człowieka. Pomimo tak wczesnej pory, podziwiających świt było dosyć sporo, co było oczywiście niczym w porównaniu z tym, co dzieje się tu w późniejszych godzinach. Mogliśmy tego doświadczyć w drodze powrotnej, gdy spod „Wangu” ciągnęły tłumy niczym na galeryjnym pasażu w stronę Królowej Karkonoszy.









Nasza ekipa w komplecie 


W drodze powrotnej 
W drodze powrotnej
Wszystkim planującym wejście na Śnieżkę polecam takie rozwiązanie, bo tylko takie gwarantuje nam bezpieczne wejście bez ścisku gwaru, czy też głośnej muzyki dobiegającej z głośników niesionych przez młodych ludzi. A widoki… Widoki o wschodzie są fantastyczne.
