4 dni na 2000m. n.p.m.
O godzinie 22.00 ruszamy z Gliwic przez Słowację i Węgry na Północ Rumunii. To niespełna 800 km ale podróż, z problemami na granicy słowacko węgierskiej zajmuje nam kilkanaście godzin.
Dzień1 W Borşy, pomiędzy parkami Maramuresz i Rodnei znajdujemy pierwszy nocleg i tu na kilka dni zostawiamy samochód. Pojawiają się problemy z transportem na drugą stronę gór do miejscowości Rodna, skąd mieliśmy rozpocząć naszą wędrówkę; już wiemy, że musimy zmienić plany. Podejmujemy decyzję o rozpoczęciu szlaku z przełęczy Rotunda, w okolice której ma nas zabrać jutro rano rejsowy bus. W deszczu wracamy na kwaterę, gdzie gospodarz częstuje nas swojską Palinką.

BORSA 
BORSA 
Palinka 😉

Przejście z Rotundy do Borsy
Dzień 2
Zaczyna się niemiłą niespodzianką; bus poranny nie kursuje. Jest mokro i zimno. Wypijamy w barze kawę i postanawiamy złapać stopa. Już po minucie zatrzymuje się tir i zabiera nas do celu. Po godzinnej jeździe wysiadamy, do przełęczy mamy 4 km z czego ostatni kilometr jedziemy pickupem.
Na przełęczy kupujemy bilety do parku i ruszamy w drogę. Już na pierwszym kilometrze atakują nas psy pasterskie, z których jeden staje się coraz bardziej agresywny. Przywołane przez pasterza dają nam w końcu spokój.
Mijają pierwsze godziny, a my idziemy ciągle we mgle. Prognozy są nieciekawe. W południe na moment podnoszą się chmury ukazując nam początek grani, którą będziemy szli kilka dni. Podchodzimy na szczyt Ineut 2279m, zaczyna padać marznący deszcz, a pod butami pojawia się śnieg, dzieła dopełnia silny wiatr. Jesteśmy już zmęczeni, 20 kilogramowe plecaki zaczynają nas wbijać w ziemie. Na 18 kilometrze znajdujemy schron, w którym zostajemy na noc.
Dzień 3
Ciężko wyjść ze śpiwora, bo na zewnątrz ciągle wieje i leje. Ciepła kawa i ruszamy dalej. Wiatr jest silniejszy niż wczoraj, na grani mamy wrażenie, że zepchnie nas w mglistą otchłań. Drobinki lodu sieką nas po policzkach. Widoczność na kilkanaście metrów a Maniek idzie przodem i co chwila wali kijkiem o kijek, by spłoszyć ewentualnego niedźwiedzia.
Tego dnia przechodzimy tylko 12km i nocujemy w kolejnym schronie. Okazuje się on całkiem wygodnym domkiem. Wszystko mamy mokre, do tego kompletnie przemoczone buty i bez szans na to, że do rana coś przeschnie; w schronie jest ok 10 st.C. Już po 17.00 pakujemy się w śpiwory i próbujemy się rozgrzać, pierwszy raz żałujemy, że nie zabraliśmy ze sobą odrobiny dobrej, rumuńskiej palinki.
Dzień 4
Budzi nas piękny wschód słońca, nareszcie trochę błękitnego nieba. To pierwszy dzień kiedy możemy zobaczyć piękno tych gór. Jak okiem sięgnąć… nikogo.
Jemy śniadanie sycąc oczy widokami i… I musimy założyć wilgotne ciuchy i przemoczone buty. Rozważamy poddanie wyprawy bojąc się o nasze zdrowie. Po drodze jednak silny wiatr szybko suszy ubrania, a pogoda się stabilizuje; idziemy dalej. Wędrujemy połoninami, wąskimi graniami, trochę takie Bieszczady na 2000m. Na szlaku znajdujemy kolejny schron. Jest nim nowiusieńki domek, w którym można znaleźć pozostawione przez traperów jedzenie, a dodatkowo zadbał ktoś o literaturę. W plastikowych pudłach umieszczono sporo numerów National Geographic, przewodników i albumów z rumuńskich parków. Choć jest dopiero przed 14.00 postanawiamy zostać tu na noc, bo okolica jest przepiękna.
Dzień 5
Znów słońce! Wypoczęci i w bardzo dobrych humorach ruszamy w drogę, a prognozy pogody są rewelacyjne. Dzisiaj mamy stanąć na najwyższym szczycie w tej części Karpat. Po kilku kilometrach… pogoda się załamała. Zerwał się bardzo silny wiatr, zaczął padać deszcz, który co chwila zamieniał się w grudki lodu. Przed atakiem szczytu postanawiamy przeczekać nawałnicę w takim niby rowie, a pałatka Mariusza, tak jak w Albanii, chroni nas przed deszczem. W prowizorycznym namiocie przebieramy zmoczone bluzy i zakładamy membrany, bo padać przestało ale wiatr jakby się jeszcze wzmógł.
Podejście na Pietrosul, bo tak nazywa się najwyższa góra w Alpach Rodniańskich, nie było tak czasochłonne, jak nam się wydawało i szybko stanęliśmy na szczycie. Niebo się rozpogodziło, zaświeciło słońce, mogliśmy cieszyć się cudownymi widokami. Zejście do Borsy było początkowo bardzo strome a potem bardzo długie nużące i ciągnące się bez końca.
Jest nasz DOM a w nim PRYSZNIC I CIEPŁA WODA!



































































































